17.08.2011r. Środa. 22:42.
Udało się! Walizka spakowana. Prawie... Niby to tylko pięć dni, ale nigdy nie wiadomo, co się może przydać, dlatego postanowiłam dopakować jeszcze mikser. Musiałam coś wypakować, żeby się zmieścił (padło na śpiewnik...), ale trudno – nie mogę przecież umrzeć z głodu. A już jutro początek warsztatów! Jupiii!
18.08.2011r. Czwartek. Przed wyjazdem.
W nocy śniło mi się, że Magda Andrys przywiązała mnie do pomnika św. Jana Nepomucena przy broniszowskim kościele i groziła, że spali mnie na stosie, jeśli natychmiast nie powiem, gdzie schowałam śpiewnik. Obok, przy kupce suchego drewna, stał Kuba Jęczmionka z zapaloną pochodnią. Ksiądz Łukasz trzymał podpałkę... Po przebudzeniu z powrotem zamieniłam mikser na nuty (podobno w naszej rodzinie zdarzają się prorocze sny, lepiej nie ryzykować...). Za chwilę wyjeżdżamy do Broniszowa – warsztaty zaczynają się o 13.00 i potrwają do poniedziałku. Już czuję, że będzie fajnie!
22.08.2011r. Poniedziałek. 20:08.
Ależ jestem zmęczona! Na warsztatach było ekstra (chociaż strasznie gryzły komary). Tyle się działo, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Przede wszystkim dużo śpiewaliśmy – próba była najczęściej pojawiającym się punktem warsztatowego programu. Nic dziwnego, w końcu do Broniszowa przyjeżdżamy głównie po to, żeby przygotować się do wrześniowych posług w Rokitnie i na DDM-ach. Poza tym sporo modliliśmy się (no bo wiadomo - jak to mówią Benedyktyni, „Ora et labora” czyli „Módl się pracuj”) - każdy dzień zaczynał się jutrznią i codziennie była Eucharystia. Czasami nawet więcej niż jedna... Na przykład w sobotę oprócz Mszy w sąsiedniej Kamionce śpiewaliśmy także na ślubie (poprosiła nas o to pewna pani, matka pana młodego i oczywiście zgodziliśmy się, bo dla nas to żaden problem), a w niedzielę byliśmy aż na czterech Eucharystiach, a wieczorem poprowadziliśmy adorację Najświętszego Sakramentu. Wszystko po to, żeby podziękować księdzu Janowi, proboszczowi. On jest niesamowity – zajmujemy właściwie każdy wolny kawałek miejsca na plebanii, gramy, śpiewamy i wariujemy, a on nie tylko na nas nie narzeka, ale zaprasza nas do siebie co roku. W zamian za swoją gościnę oczekuje tylko naszej posługi na kilku Mszach z udziałem swoich parafian. Oni zresztą też są fantastyczni: kiedy dowiedzieli się, że przyjechaliśmy, w probostwie co chwilę pojawiały się nowe smakołyki. Dobrze, że nie wzięłam tego miksera (i tak by się nie przydał, bo Daria i Błażej odkryli w sobie kuchenne powołanie i codziennie na obiad gotowali coś dobrego). Oprócz pracy i modlitwy robiliśmy parę innych rzeczy. W piątek graliśmy w palanta (i polowaliśmy na komary), a w sobotę przed wieczornym ogniskiem był krótki mecz kłidicza (bo nic tak nie wpływa na kondycję, jak latanie na miotle). W czasie ogniska (oprócz tego, że zabijaliśmy komary) piekliśmy kiełbaski i graliśmy w Tabu. Nocami w kuchni spotykali się fani Czarnych historii (i miłośnicy tostów). Poza tym kochane Kreatywne - Pecia i Ada - zorganizowały galę „Pyrka 2011” (wśród kategorii były na przykład Polewa i Pyrka retro, a zwycięzcy plebiscytu dostawali uśmiechnięte ziemniaki). W niedzielę po południu na spotkaniu była mowa o tym, jak w tym roku będzie wyglądała praca Diakonii (w sumie podobnie, jak w zeszłym, ale lepiej sobie pozapisuję terminy wszystkich wydarzeń, żeby móc wcześniej zarezerwować na nie czas). Dzisiaj przed wyjazdem zdążyliśmy też nagrać kilka utworów – pewnie niedługo razem ze zdjęciami pojawią się na stronie. Ciekawa jestem, jak nam wyszło.
A, i lepiej sobie zapiszę, bo zapomnę: dolce to po włosku słitaśnie, a z hebrajskiego sababa to super.
To chyba wszystko, co chciałam napisać. Kończę już, bo robi się późno.
Ciągle poniedziałek. 23:56.
Nie mogę spać. Tęsknię (a poza tym wszystko mnie swędzi przez te przeklęte komary). Ja chcę do Broniszowa! Dobrze, że już czwartego września pielgrzymka Ruchu do Rokitna. Mam nadzieję, że wszyscy się tam spotkamy! I znów będzie „Ora et labora”. I do tego jeszcze zabawa...;)

